Dziś: piątek, 19 stycznia 2018
Imieniny: Marta, Henryk, Mariusz

  • Co będzie - aktualności
  • kontakt

Bezinteresowność, pomoc, ciepło
Nie mogę wyświetlić obrazka

Długo zastanawiałam się, jakimi słowami zacząć tę relację. Było fajnie, spędziliśmy świetnie czas, Gryfice są piękne? To nic nie mówi - zwłaszcza z myślą o ludziach, którzy wciąż się wahają.

Mogłabym wyrecytować szereg tęczowych słów, mających odniesienie do tych trzech majówkowych dni. Wspaniałe jedzenie, cudowny nocleg, idealny program. Tylko co o tym wszystkim mogę wiedzieć ja - osoba, która stała obok? Nie zaznałam bólu stania w kolejkach po prowiant, nie odczułam nocnego chłodu, niewygody albo obcierającego obuwia, kiedy co sił w nogach biegło się trzy kilometry na śniadanie. Trzeba pamiętać jednak o tym, że nic na tym świecie nie równa się ideałowi - o ile od owego negatywu byłam oddalona, gotowały się we mnie rozterki innej maści.

Stworzyłam coś na kształt obserwatora. O ile małomówność zwykle wychodzi na plus, w moim przypadku była to bariera między myślami a rzeczywistością. Mogłabym porównać to do tajnego Archiwum X, które gromadzi poufne informacje - a rzeczy, których nie wypowiedziałam, w mig stały się tymi, które łatwiej przelać na papier.

Cisza. Nieskończona, głucha i bolesna - właśnie taką usłyszałam 3 maja, kiedy nastąpił oficjalny koniec Archidiecezjalnych Dni Młodych w 2012 roku. Mimo tego, że na placu roiło się od rozweselonych tubylców, z każdą sekundą ulatywała szczypta rozsianej nad gryfickimi ziemiami aury. Pusta scena, pusty chodnik... Nikt nie przebiega przez fontannę, nikt nie marudzi, że jest gorąco. W oddali widać jedynie ogromne ciężarowe samochody, które pakują krzesła i rekwizyty, po czym wywożą je donikąd. Pełno nas, a jakoby nikogo nie było...

Pustka. Uderzająca, rażąca i wręcz irracjonalna. Stałam na środku kościoła pw. WNMP i starałam się ogarnąć to, czego już nie było. Przed kilkoma godzinami odbywała się tu jutrznia, przed kilkunastoma - cudowna msza, wypełniona po brzegi młodymi sercami. Śpiewy, tańce, krzyki, oklaski, modlitwa, cisza, spokój, chwila czuwania, jedność wspólnoty... Ponad tysiąc osób w jednym miejscu, czyli ponad tysiąc słów. Ponad tysiąc myśli, marzeń, smutków i łez, ponad tysiąc pragnień. Ponad tysiąc razy większy Bóg.

Te Dni Młodych były przede wszystkim walką z samym sobą. Nie uwierzę, kiedy ktoś powie mi, że ani razu nie przeżył chwili słabości - z pewnością nie byłoby to także zdrowe. Czy bez drobnych porażek istniałaby możliwość szczęścia? Wątpię. Na własnym przykładzie zobaczyłam, że to, co nas nie zabija, niezwykle umacnia i daje swojego rodzaju nadzieję. Po powrocie do domu mentalnie się zatrzymałam. Zaraz, co dalej? Trzeba zajrzeć do przewodnika. Ale... jakiego przewodnika? Z godziny na godzinę zaczęłam dostrzegać, jak wielka przepaść dzieli życie podczas ADM od tego przyziemnego. Rzecz, która tam była kulą u nogi - w domu stworzyła coś na wzór tęsknoty. Nie miałam siły na drogę światła? Teraz mi jej brakuje. Zasypiałam na muzycznym uwielbieniu? Tymczasem chciałabym do niego wrócić, bo tak jakoś nudno zrobiło się tego wieczoru. I bynajmniej telewizja nie jest dobrym środkiem zastępczym. Po tego typu przemyśleniach dochodzi się do wniosku, że ludzkie życie można podzielić na pewne etapy. O ile przyśnił nam się piękny sen, o którym można powiedzieć - niezapomniana majówka - o tyle czas zejść na ziemię i powrócić do gimnazjum, liceum, na studia, do pracy czy też pustego domu.

Piękne w tym wszystkim jest to, że łączność z Bogiem zachodziła nie tylko w obrębie murów kościoła, ale w codziennych czynnościach. Jedzenie na trawie. Wiatr wiał, sos się wylewał, kotlet spadał... Ktoś poszturchnął nogą kubek z napojem i tyle mieliśmy z przyjemnego obiadu. Ale nad tym wszystkim rozciągało się błękitne niebo z niezwykłymi promykami słońca, które potrafiły otworzyć nawet najbardziej zatwardziałe serca. Bezinteresowność. Gorąc, upał, Sahara. Żar leje się z nieba, nie pamiętamy, jak mamy na imię, a zupełnie obca osoba pyta, czy nie zechcielibyśmy pożyczyć od niej kremu z filtrem. Bo łatwo można się spalić. Pomoc. Mamy pod opieką parę osób, jedna z nich źle się czuje. Nie wiemy, co robić - uspokaja nas wolontariusz. Pokazuje, wyjaśnia, tłumaczy. Brak ignorancji, pełne doświadczenie. I wreszcie: ciepło. Żegnamy się z człowiekiem, z którym wymieniliśmy może dwa spojrzenia, a on robi nam znak krzyża na czole. Czujemy się... kochani.

Wniosków można wysnuć tysiące - najważniejszy jest jednak fakt, że niezwykły czas od 1 do 3 maja został stworzony przez ludzi. I to nie tylko organizatorów, ale także każdego z nas, który cząstką siebie zbudował fundament wspólnoty. Jeżeli wciąż masz wątpliwości, uwierz na słowo, że nawet jeden uśmiech jest sygnałem wołającym: "warto!". A uśmiech ten był nie jeden, a tysiąc czterysta pięćdziesiąt siedem.

Ola

Fot. Marcin Szymczak


liczba odsłon: 2031 | dodano: 2012-05-07 08:48:32

Komentarze

Dodaj swój komentarz



Dobre strony

www.hli.org.pl - Human Life International Polska. Prolife news.

www.rekolekcje.info - Rekolekcje z franciszkanami w Białym Dunajcu

www.milujciesie.org.pl - dobra księgarnia, nie tylko dla młodych, i do tego niedroga :) a oprócz książek także koszulki

www.katecheza.info - katecheza wirtualna

Blog eremicki

www.pustelnica.pl/ - blog eremitki 

Fotogalerie

Betlejem w Szczecinie 2018

Fotorelacja z charytatywnego koncertu ko...

Koncert 2TM2,3 i Maleo Reggae Rockers

18 listopada br. o godz. 18.00 w Klubie...

Nocne czuwanie młodych w Bazylice Archikatedralnej w Szczecinie

20 października 2017 r. w Bazylice Archi...

blog ichtis

Facebook